Jak pasja i doświadczenie pomagają odnaleźć sens, wdzięczność i prawdziwą radość – nawet po latach
Miłość, która zaczyna się od słów
Ten tekst będzie o miłości. O uczuciu, o którym już chyba zapomniałam. O tym, jak lubiłam siadać albo nad kartką w specjalnym zeszycie, albo przed pustym ekranem i wklepywać tekst w klawiaturę. Ale wiesz co? To nie była zwykła miłość. To było coś, co czułam w całym ciele. Kiedy brałam do ręki ten zeszyt, czułam pod palcami delikatny, lekko szorstki papier. Zapach świeżo otwartej strony mieszał się z aromatem porannej kawy. Słońce wpadało przez okno, malując złote plamy na biurku – i nagle cały świat cichł. Zostawałam tylko ja, moje myśli i to niecierpliwe drżenie serca, które pojawia się, gdy wiesz, że zaraz stworzysz coś ważnego.
A kiedy siadałam przed komputerem, ekran był jak białe płótno, czekające na pierwsze słowo. Słyszałam cichy stukot klawiszy, który z każdą chwilą stawał się coraz szybszy, coraz bardziej namiętny. Moje palce tańczyły po klawiaturze, jakby prowadziła je niewidzialna siła – siła miłości do pisania, do wyrażania siebie, do odkrywania własnych uczuć na nowo. Czułam wtedy wszystko mocniej. Każdy oddech był głębszy, każdy dźwięk wyraźniejszy. Serce biło szybciej, a w żołądku wirowały motyle – dokładnie tak, jak wtedy, gdy zakochujesz się po raz pierwszy. To była miłość, która miała smak porannej kawy, zapach papieru i dźwięk stukających klawiszy. Miłość, która rozgrzewała dłonie i serce, która sprawiała, że świat na chwilę przestawał istnieć. I wiesz co? Chyba czas, by znów sobie o niej przypomnieć1.
Pisanie – mój azyl, moja terapia
Podobno, kiedy nie wiesz, o czym pisać, wystarczy po prostu zacząć. Palce same odnajdują drogę na klawiaturze, a myśli – choć na początku nieśmiałe, jak dzieci zaglądające zza firanki – powoli wychodzą na światło dzienne. Tak jest właśnie teraz. Siedzę przed pustą stroną, słyszę cichy szum komputera i czuję, jak w powietrzu unosi się zapach wieczoru. Wiem jedno: chcę wrócić do tamtych chwil, kiedy pisanie było dla mnie czymś więcej niż tylko układaniem słów w zdania. To była czysta, niczym nieskrępowana radość. Każdy tekst był jak nowa przygoda, a każda litera – jak kropla deszczu na rozgrzanej skórze, budząca zmysły do życia.
Pamiętam, jak siadałam z kubkiem herbaty, otulałam się kocem i pozwalałam, by słowa płynęły przez moje palce. Czułam wtedy, jak serce przyspiesza, a w głowie rodziły się obrazy, których nie potrafiłabym opisać nikomu innemu. To był mój świat. Mój azyl. A potem… nie wiem nawet, kiedy to się stało. Może zgubiłam tę radość gdzieś pomiędzy codziennością a obowiązkami? Może pozwoliłam, by szarość dnia przykryła kolorowe emocje, które kiedyś tak łatwo przelewałam na papier? Wiem tylko, że tęsknię. Tęsknię za tą iskrą, za tym dreszczem, który pojawiał się, gdy pisałam pierwsze słowa. I choć dziś czuję się trochę jak rozbitek na obcym lądzie, wiem, że wystarczy zacząć. Wystarczy pozwolić sobie na kilka nieporadnych zdań, kilka nieśmiałych myśli. Bo może właśnie w tym momencie, gdzieś pomiędzy jednym a drugim oddechem, odnajdę na nowo tę dawno utraconą radość tworzenia.
Gdy codzienność przyćmiewa pasję
Pamiętam ten pierwszy dzień, kiedy pięć lat temu otworzyłam nowy rozdział – blog. To było jak otwarcie okna na świat, przez które mogłam wypuścić wszystkie myśli, emocje i lęki, które kłębiły się we mnie od lat. Siadałam do pisania, a słowa wypływały ze mnie jak rzeka po wiosennych roztopach – nie do zatrzymania, nie do przewidzenia. Każda historia, każdy wpis był jak list do samej siebie i do tych, którzy gdzieś tam, po drugiej stronie ekranu, czuli podobnie. Nie było dnia, żebym nie napisała choćby jednego tekstu. Pisałam o wszystkim, co mnie dotykało, poruszało, inspirowało. Czułam, jak z każdym kolejnym zdaniem oddycham pełniej, głębiej. To była moja codzienna dawka tlenu – i nadziei.
Ale potem… coś się zmieniło. Moje teksty zaczęły blednąć, jakby traciły kolor. Coraz częściej łapałam się na tym, że siadam do komputera i… nic. Pustka. Zamiast słów pojawiało się zmęczenie, zamiast inspiracji – obojętność. Inne sprawy zaczęły wypełniać moją codzienność, a blog – ten kiedyś tak ważny kawałek mojego życia – powoli przesuwał się na dalszy plan. Może stało się tak dlatego, że blog był moją autoterapią. Pisałam o Chorobie Afektywnej Dwubiegunowej, z którą żyję już od ponad 22 lat. Przelewałam na ekran wszystko, co bolało, wszystko, co dawało nadzieję, wszystko, co chciałam z siebie wyrzucić. Każdy tekst był jak plaster na ranę, jak cichy szept: „Nie jesteś sama”.
I wiesz co? Myślę, że napisałam już wszystko, co chciałam napisać. Moje podejście do choroby się zmieniło. Ja się zmieniłam. To, co kiedyś było moim centrum, dziś jest tylko częścią większej całości. Może właśnie o to chodziło – by napisać się do syta, wypłakać się w słowach, a potem… pójść dalej. Czuję, jakby w moim życiu otwierały się nowe drzwi. Może jeszcze nie wiem, dokąd prowadzą. Ale wiem jedno: każda opowieść ma swój czas. I może właśnie teraz nadszedł moment, by napisać nową.
Nowy rozdział: odpowiedzialność i zmiana
Dziś jestem szczęśliwie od dziesięciu lat w remisji. Dziesięć lat… a może już jedenaście? Czas płynie tak szybko, że momentami gubię się w rachubie. Patrzę wstecz i aż trudno mi uwierzyć, jak bardzo zmieniło się moje życie w ciągu ostatnich trzech lat.
To były lata pełne burz i przełomów. Rozeszłam się z mężem. Pamiętam ten dzień, kiedy ostatni raz zamknęłam drzwi wspólnego domu – czułam wtedy w powietrzu zapach świeżości i niepokoju, jakby świat wstrzymał oddech na chwilę, czekając na mój pierwszy krok w nieznane. Spakowałam walizki, zabrałam dzieci i ruszyłam w nową rzeczywistość. Każdy dzień był jak wejście do zimnego jeziora – szok, potem orzeźwienie, a w końcu… poczucie wolności.
Wzięłam całkowitą odpowiedzialność za siebie i moje dzieci. Stałam się samodzielną mamą. Wzięłam rozwód. Wróciłam do swojego panieńskiego nazwiska, które przez lata czekało na mnie jak zapomniany, ale ukochany sweter na dnie szafy. Zakładając je z powrotem, poczułam, jak odzyskuję kawałek siebie – tej dziewczyny z dawnych lat, która wierzyła, że wszystko jest możliwe.
Ale to nie wszystko. Od sześciu miesięcy całą sobą angażuję się w coś, co zawsze było moją misją. Szkolę się na konsultantkę, by jeszcze lepiej wspierać osoby takie jak ja – zdiagnozowane, szukające zrozumienia, wsparcia, nadziei. I ich bliskich, którzy każdego dnia towarzyszą w tej drodze. Chcę pomagać nie tylko z serca, ale też profesjonalnie, z wiedzą i doświadczeniem. Pragnę być dla nich światłem w tunelu, ręką wyciągniętą w odpowiednim momencie.
Oddaję temu większość mojego czasu i energii. Każdego dnia budzę się z myślą, że to, co robię, ma sens. Że każda rozmowa, każda porada, każda chwila spędzona z drugim człowiekiem może być dla niego początkiem nowego rozdziału. Tak jak kiedyś dla mnie. Bo wiem, jak smakuje nadzieja. I wiem, jak bardzo jest potrzebna.
Czas – najcenniejsza waluta życia
I wiesz co? Szczerze? Jestem z siebie dumna. Tak, naprawdę dumna. Bo każdego dnia robię ogromne postępy. Każdy mały krok do przodu jest jak ciepły promień słońca na twarzy po długiej zimie. Czuję, jak rosnę, jak się zmieniam, jak staję się silniejsza. Ale wiem też, że za wszystko w życiu trzeba zapłacić jakąś cenę. Nic nie przychodzi za darmo.
A najcenniejszą walutą w naszej wędrówce przez życie jest czas. Ten czas, który przecieka przez palce jak drobny, złoty piasek. Możesz go ściskać, próbować zatrzymać, ale zawsze coś ucieknie. I właśnie tego czasu nie starczyło mi na wszystko. Przez ostatnie trzy lata nie miałam przestrzeni, by spokojnie usiąść, zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech i napisać kilka słów od serca. Takich prawdziwych, nieudawanych, pulsujących życiem i emocjami.
Bardzo mi tego brakowało. Czułam to jak głód – głęboki, nie do zignorowania. Bo we mnie jest potrzeba. Jest pragnienie dzielenia się swoimi spostrzeżeniami, swoim odbiorem świata, tym, jak widzę kolory, czuję zapachy, słyszę dźwięki codzienności. To coś, co płonie we mnie cicho, ale nieustępliwie. Czasem myślę: czy wiem wystarczająco dużo? Czy mam prawo dzielić się tym, co czuję? Ale wiesz co? To już nie ma znaczenia. Nie obchodzi mnie to wcale.
Bo prawdziwe słowa nie potrzebują pozwolenia. Wystarczy, że są szczere. Wystarczy, że płyną prosto z serca. I właśnie dlatego znów piszę – bo tęskniłam za tym, jak tęskni się za domem, którego się dawno nie widziało. Za tym cichym stukotem klawiszy, za zapachem kawy, za poczuciem, że znów jestem sobą1.
Wdzięczność i świadomość siebie
Jestem, jaka jestem. Bez przeprosin, bez udawania, bez maski. Wiem, ile wiem – nie więcej, nie mniej. Nazywam się Julia Grzybowska i dziś mogę powiedzieć to z dumą: potrafię pomagać innym. Tak naprawdę, skutecznie, z serca. Tym, którzy naprawdę tego potrzebują, którzy szukają światła w tunelu, ręki wyciągniętej w odpowiednim momencie.
Mam już trochę więcej niż osiemnaście lat – i dobrze mi z tym. Lata nauczyły mnie, czego chcę, a czego nie. Lubię myśleć, że jestem jak dobre wino – z każdym rokiem nabieram głębi, smaku, charakteru. Słowa Łobaszewskiej rezonują we mnie mocno: „Tyle lat przeżyłam i wiem, co ważne, a co nie…” Tak, mogę się pod tym podpisać obiema rękami.
Wiem, co dla mnie ważne. Miłość – ta, która rozgrzewa serce nawet w najzimniejsze dni. Przyjaźń – szczera, bezinteresowna, taka, która trwa mimo burz. Pasja – ten ogień, który nie pozwala zasnąć duszy. Praca – dająca satysfakcję, poczucie sensu, dumę z własnych osiągnięć. Dobrze spożytkowany czas – bo każda chwila jest bezcenna. Odpoczynek i regeneracja – bo wiem już, że nie muszę być zawsze silna, zawsze gotowa. Spełnione marzenia – te małe i te wielkie, które nadają życiu smak. Wolność słowa i wyboru – bo bez niej nie byłabym sobą.
Oj, jest tego dużo. Ale właśnie to sprawia, że czuję się kompletna. Czuję wdzięczność – za to, co mam, za to, kim jestem, za każdy dzień, w którym mogę być sobą. Za każdą trudność, która mnie czegoś nauczyła. Za każdą radość, która rozświetliła mi drogę. I wiesz co? Nie zamieniłabym tego na nic innego. Bo jestem Julią Grzybowską. I to mi wystarcza1.
Czy warto wrócić do pasji?
„Si jamais j’oublie… Rappelle-moi qui je suis” – „Jeśli kiedyś zapomnę, kim jestem, przypomnij mi” – śpiewa Zaz, a te słowa trafiają prosto w serce. Bo przecież tak właśnie jest. Czasem życie wiruje tak szybko, że gubimy siebie gdzieś pomiędzy codziennością a marzeniami, pomiędzy obowiązkami a cichą tęsknotą za czymś więcej.
Pisanie… Dla mnie zawsze było czymś więcej niż tylko układaniem liter w słowa. To była autoterapia – cicha rozmowa z samą sobą, balsam na duszę. Było też ucieczką. Ucieczką od problemów, od czterech ścian domu, od złotej klatki, w której przez lata trzymałam swoje marzenia na uwięzi. Pisanie było uchylonymi drzwiami do wolności, przez które mogłam choć na chwilę wyjrzeć na świat poza własne ograniczenia.
A potem… przyszła rzeczywistość. Twarda, nieubłagana, wymagająca. Obudziłam się z ręką w nocniku, jak to się mówi, i nie było już czasu na tworzenie tekstów. Był czas na ogarnianie życia, na walkę o każdy dzień, na stawanie się silniejszą niż kiedykolwiek wcześniej.
Ale dziś… Dziś znów czuję to ciche wołanie. Może warto wrócić do tej pasji, która leży gdzieś na dnie mojego serca, przykryta warstwą codziennych spraw i trosk. Może warto znów otworzyć te drzwi, przez które kiedyś uciekałam, ale które dziś mogą prowadzić mnie do czegoś nowego – do siebie samej.
Co o tym sądzę? Sądzę, że to jest właśnie ten moment. Moment, w którym możesz przypomnieć sobie, kim jesteś. Pozwolić słowom płynąć, jak dawniej – bez oczekiwań, bez presji, tylko dla siebie. Bo pasja to nie luksus. To nie kaprys. To tlen dla duszy. Więc jeśli czujesz, że Twoje serce znów chce pisać – nie wahaj się ani chwili. Otwórz zeszyt, usiądź przed klawiaturą, pozwól sobie być sobą.
A Ty? Co kochasz robić?
Zatrzymaj się na chwilę. Zamknij oczy. Weź głęboki oddech i wsłuchaj się w siebie. Przypomnij sobie te momenty, kiedy czas przestawał istnieć, a Ty czułeś, że naprawdę żyjesz. Może to zapach świeżo parzonej kawy o poranku, kiedy świat jeszcze śpi, a Ty masz chwilę tylko dla siebie? Może to dźwięk ulubionej muzyki, która rozbrzmiewa w Twoim pokoju i sprawia, że masz ochotę tańczyć, choćby tylko w myślach? A może to ten szczególny stan, gdy tworzysz – piszesz, malujesz, gotujesz, naprawiasz coś własnymi rękami – i nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie?
Co sprawia, że Twoje serce bije szybciej? Co daje Ci poczucie wolności, spełnienia, radości? Co sprawia, że zapominasz o całym świecie i jesteś tylko Ty, Twoja pasja, Twoje marzenia? Pytam, bo wiem, jak łatwo jest zagubić te małe, wielkie rzeczy w codziennym biegu. Jak często odkładamy na później to, co naprawdę kochamy, bo przecież zawsze jest coś ważniejszego, pilniejszego, bardziej „dorosłego”. Ale przecież to właśnie te chwile – te pasje, te drobne radości – budują naszą tożsamość. Przypominają nam, kim jesteśmy. Dają nam siłę, kiedy życie stawia przed nami kolejne wyzwania.
Więc powiedz mi – co kochasz robić? Co sprawia, że czujesz się sobą? Co daje Ci energię, inspirację, poczucie sensu? Może warto dziś, właśnie teraz, dać sobie pozwolenie, by do tego wrócić. By znów poczuć smak życia, który tak łatwo zgubić w codziennym zamieszaniu. Bo przecież życie jest zbyt krótkie, by nie robić tego, co naprawdę kochasz.
Wszystkiego dobrego na drodze do realizacji swoich marzeń i pasji
Autor: Julia Grzybowska
Zdjęcie: HECTOR LAGUNA
